Radiotelegrafista Marek

Był piękny sierpniowy poranek. Jako człowiek bezrobotny miałem w takie dni dwie rzeczy do roboty. Albo udawanie, że robię coś ważnego dla mnie i całego świata, albo odwiedziny pana Marka. Wybrałem oczywiście tą drugą opcję, bo przy pierwszej nawet udawanie mi nie wychodziło.

Pan Marek to sympatyczny starszy człowiek. Emerytowany żołnierz, który sypał historiami z wojska jak z rękawa. Lubiłem jeździć do niego w odwiedziny i przy piwie w komórce w ukryciu przed jego żoną przysłuchiwać się wydarzeniom z jego młodości. Tak było i tamtego dnia.

Spakowałem więc do plecaka kilka piwek, wsiadłem na rower i pognałem pod las, do miejsca zamieszkania pana weterana. W połowie drogi, przebiegającej przez piękny zielony park, natrafiłem na Irka, miejscowego listonosza.

-Młody, nie jedź tam nawet, bo nikogo w domu nie ma. Pozamykane wszystkie drzwi i okna, na podwórku biegają luzem psy.
-No ale jak to, przecież rozmawiałem kilkanaście minut temu z panem Markiem, i powiedział żebym przyjechał do niego tak szybko, jak tylko potrafię.

-Nie wiem. Wiem tylko, że niepotrzebnie nadrobiłem kilometrów. Polecony mam do niego, a od kilku dni nie mogę tam nikogo zastać – listonosz wsiadł z powrotem na rower i pojechał w stronę wioski.

Kontynuowałem swoją podróż w ogromnym zdziwieniu. Przecież pan Marek wynurza się ze swojej komórki tylko wtedy, gdy jego żona Zośka woła go na obiad. Coś musiało być na rzeczy.

Na miejscu było tak jak mówił listonosz. Kompletna cisza, prócz jazgotania psów, wszystko pozamykane, zasłony w oknach zasunięte, a miejsce pani Zosi pod rozłożystym orzechem było puste.
Nagle w jednym z okien zatrzęsła się firanka. W rogu okna wychyliła się ręka wojskowego, w której trzymał lusterko, odbijając nim promienie słoneczne prosto w moje oczy. Raz świecił, raz nie. Raz dłużej, raz krócej.

-Kurwa, no zobaczcie! Co się z tą młodzieżą stało!? Za moich czasów, to chłopaka w twoim wieku w samych majtkach w środku zimy zostawiali w lesie, i musiał tydzień wytrzymać, a ten nawet alfabetu Morse’a nie zna! Jak ja bym się za was wszystkich rurkowców zabrał! – krzyczał jak opętany właściciel posesji.

-Młody, właź do tej chaty, nie ociągaj się.

No i tak zrobiłem. W progu przywitał mnie główny bohater, ubrany od stóp do głów w mundur, w ręku trzymał broń. Zarzucił mi na głowę hełm i wręczył do ręki patelnie.

-Młody, otoczyli już nas. Od kilku dni wysyłają kogoś na przeszpiegi i na pewno znają każdy nasz ruch. W dodatku ta głupia Zośka, ja przez nią całkowicie zsiwieje!
-Co z nią?
-Jak wyszła rano po chleb i mleko to jej do tej pory nie ma. A mówiłem jej: „Nie idź stara, bo cię porwą i będą chcieli za świnie wymienić”. Cóż, widocznie była warta więcej niż przypuszczałem.
-Ale jakie przeszpiegi? Jakie porwanie? Co tu się dzieje?
-Jak to co się dzieje? Młody, to jest wojna! Prawdziwa, pierdolona, wojna! Skończyły się ćwiczenia, skończyły się opowieści o tym co było kiedyś. Teraz historia tworzy się na naszych oczach! Potrzebuje twojej pomocy. Ten kraj potrzebuje twojej pomocy!

Pan Marek szarpnął mnie za ramie, i wciągnął po stromych schodach na strych. Tam pod stertą prześcieradeł stała stara radiostacja, na pewno pamiętająca młodość pana Marka.
-To jest ra-dio-sta-cja. Przez nią się na-da-je i od-bie-ra.
-Tak, wiem co to jest. Widziałem podobną w Medal of Honor.
-W czym kurwa? Nieważne. Musimy skontaktować się z brzozą, dębem i świerkiem w celu sprawdzenia bezpieczeństwa w innych rejonach kraju.
-No ale jak to, tak ze świerkiem?
-To są pseu-do-ni-my. Tak jak na Ciebie Łoś wołają, tak oni są Brzoza, Dąb i Świerk. Moi koledzy z wojska.
Powoli przestałem wierzyć, że to w czym uczestniczę dzieję się naprawdę.

Weteran grzebał coś przy sprzęcie, a ja przyglądałem się z uwagą każdemu jego ruchowi. Miał minę jakby był saperem, a od tego czy odpowiednio przekręci pokrętło na jednym ze wzmacniaczy zależało jego życie.
Nagle trzasnęła furtkę. Spojrzeliśmy na siebie, a ja już konkretnie wkręcony w temat mocno się przeraziłem.

-Mają nas! Przyszli szybciej niż sądziłem! – krzyknął szeptem pan Marek, po czym usiadł na klapie od strychu, trzymając w dłoni strzelbę. Ja natomiast, schowałem się według poleceń w jednej z wielkich drewnianych skrzyń.

-Marek! Wróciłam! Jesteś tutaj? – z dołu dobiegł kobiecy głos. Kobieta w ofensywie wroga? Tego się nie spodziewałem.

Skrzynia otworzyła się, a nade mną stał pan Marek.
-Młody, to tylko Zośka. Choć na dół sprawdzić co z nią zrobili! Tak też zrobiliśmy.

W kuchni przy stole stała pani Zosia, która podśpiewując pod nosem rozpakowywała siatki z zakupami.
-Zośka! Gdzieś ty była? Co oni ci zrobili? Jesteś cała? – zasypywał swoją żonę pytaniami.
-Nie było mnie tyle, bo Jadźka Cebulowa wiśnie drylowała, a że jej synowa rękę złamała, to zaproponowałam że jej pomogę. W podzięce wiadro wiśni dostałam, trzeba je w słoiki włożyć.

Kamień spadł mi z serca. Charakteryzacja oraz przekonywujący głos pana Marka pozwoliły mi uwierzyć w tę historię ze szpiegami i wrogami. Z tych wrażeń marzyło mi się tylko jedno, jak siedzimy razem pod orzechem, sączymy zimnego browarka i śmiejemy się z całej sytuacji. Jednak tak się nie stało.

-O, listonosz przyszedł. Coś mi właśnie wspominał, że ma coś dla ciebie i koniecznie chce się z tobą spotkać – odparła pani Zosia.

-Młody, to oni!
W oczach pana Marka pojawiła się złość, głód walki i wszystko inne co się mogło w oczach pojawić. Nie zwracając uwagi na zawartość, chwycił za patelnie pełną duszonej cebulki i mocno uderzył swoją żonę w potylicę.

-Żywcem mi Zośki nie zabierzecie.

Obserwuj

Andrzej Opublikowane przez:

Ja, czyli człowiek o nieokreślonym charakterze. Piszę tutaj udając kogoś kim nie jestem, nigdy nie byłem i zapewne nigdy nie będę. W wolnych chwilach grywam na banjo i ukulele.