Chopin w dresie

Sobota, godzina 1:24. Stoję w jednym z Wrocławskich klubów i podpieram się o betonowy filar. Rozglądam się po całym parkiecie, w poszukiwaniu matki moich dzieci. Jak zwykle wyszła gdzieś z koleżankami, a maluchy siedzą i płaczą z głodu podbierając karmę kotu. Wyrodna matka.

Nie widzę nic. Dysk dżokej wypuszcza na parkiet chmurę dymu, robiąc sobie jedynie pięciosekundowe przerwy na odpoczynek od trzymania przycisku na wytwornicy. Całość przypomina mi sytuację, gdy poszedłem nocą do lasu, gdzie we mgle i przy blasku księżyca, stado żuków gnojarzy popychało swoje kule. Danse macabre.

Wyszedłem z klubu w momencie, gdy zaczęła mi się podobać babcia klozetowa. To działa lepiej niż alkomat – koniec z alkoholem na dziś.

Mimo, że miałem pieniądze na autobus – ba, miałem nawet na taksówkę – postanowiłem do mieszkania wybrać się piechotą. Noc była piękna, gwiaździsta i o zapachu spalin. Taką jak lubię.

Wychodząc na ostatnią prostą w kierunku swojego lokum, już z daleka widziałem, że na mojej drodze stoi kilku dresów w czarnych ortalionach. Przekrzykiwali się głośno, co chwile robiąc przerwę na łyk Piasta, po czym wracali do swojego ryczenia. Stanąłem i zacząłem się zastanawiać, czy mam jakąś inną drogę do swojego mieszkania. Miałem. Albo 5km przez bardziej niebezpieczną część miasta, albo 400m kraulem przez Odrę.

Postanowiłem więc przejść na drugą stronę ulicy i przyczajony jak tygrys tybetański czołgać się za zaparkowanymi samochodami.

Przemieszczałem się powolutku przeklinając siebie, że znowu zapomniałem kupić czapki Śląska Wrocław. Niby zwykła czapka z herbem klubu, ale tak naprawdę dodaję ona +10 do niewidzialności i +5 do respektu na osiedlowych ulicach.

Na wysokości kolegów kibiców potknąłem się o peta po Marlboro i uderzyłem czołem w Golfa III. W aucie włączył się alarm, a ja zamiast wstać i zacząć spierdalać, leżałem plackiem i zastanawiałem się, kto kurwa zamontował alarm w tym starym Golfie.

W końcu wstałem, otrzepałem czoło z pozostałości lakieru i zacząłem biec. Oni biegli za mną, krzycząc abym się zatrzymał. Nie było takiej opcji, dzień wcześniej oglądałem letni mityng lekkoatletyczny w Bydgoszczy, obserwując technikę biegu Asafa Powella.

-Ziomek, stój kurwa!

-Nie ma takiej opcji! – krzyknąłem przebierając nogami jak gazela.

-Stój kurwa!

Na nic się zdała technika Powella, bo jeden z nich chyba oglądał ten sam mityng skupiając swoją uwagę na Bolcie. Czułem jego wyziew alkoholowy na swoich plecach. Życie zaczęło przelatywać mi przed oczami. Już wyobrażałem sobie, jak Adasie Odwagi łamią moje żebra. Stanąłem.

Podbiegło do mnie dwóch rosłych typów w klasycznych czapkach wpierdolkach. Jeden z nich trzymał mnie za kubrak i po złapaniu oddechu wyprodukował z siebie pytanie:

-Ziomek, ty powinieneś wiedzieć. Chopin to urodził się w Żelazowej czy Stalowej Woli?

Skąd to pytanie? Nie wiem. Wiedziałem jednak, że Chopin urodził się w Żelazowej, ale zwlekałem z odpowiedzią doszukując się w tym pytaniu podstępu. Kiedyś na mieście pytano się za jakim klubem jesteś i może to była ta sama kategoria pytania.

-Nooo, w Żelazowej – wydusiłem.

Dres spojrzał się na swojego kolegę i krzyknął:

-I co, kurwa, debilu nieuczony? Mówiłem ci, że w Żelazowej!

 

Obserwuj

Andrzej Opublikowane przez:

Ja, czyli człowiek o nieokreślonym charakterze. Piszę tutaj udając kogoś kim nie jestem, nigdy nie byłem i zapewne nigdy nie będę. W wolnych chwilach grywam na banjo i ukulele.

  • Dobre, spodziewałem się na koniec, że dres da ci coś co zgubiłeś gdy jebałeś o tego golfa, więc mimo wszystko zakończenie zaskakujące ;)